RSS
piątek, 21 stycznia 2011
IWONA

Nikt nie jest samotną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona tak samo, jak gdyby pochłonęło przylądek, włości twoich przyjaciół czy twoje własne. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie/John Donne/

Wczoraj wieczorem dowiedziałam się o śmierci mojej bliskiej koleżanki.  Dobrej, mądrej kobiety. Nie mogę się z tym  pogodzić. Nie chcę uwierzyć, że już Jej nie  zobaczę, nie usłyszę… że Jej szczery śmiech nie porwie mnie w radosne przekomarzania.  Że  nie nazwie mnie Mysza…

Często, kiedy ktoś umiera, ogarnia nas smutek, bo uświadamiamy sobie, że właśnie straciliśmy bezpowrotnie możliwość  wyjaśnienia, przeproszenia, obdarowania… tego kogoś. Że czujemy się osieroceni.

Ale w przypadku Iv, smutek i wściekłość ogarniają mnie  nie z mojego, ale z Jej powodu. Jest mi tak strasznie  smutno, bo umarła, kiedy wiele spraw  zaczęło się Jej prostować,  kiedy, jak się zdawało, Jej  naprawdę podłe życie zaczynało się polepszać, kiedy w  końcu znalazła Miłość. Jestem zła, bo wiem, że to, co z  rzeczy materialnych ukochała, co było dla Niej najważniejsze, jej mieszkanko, przypadnie teraz Jej dręczycielom, rodzince, a zwłaszcza siostrze- bezwzględnej złodziejce. I jestem bezradna. Wiem komu chciałaby je Iv ofiarować, ale nie mam żadnej mocy, by cokolwiek zrobić.

Odchodząc, Iv, umniejszyłaś mnie. Wraz z Toba umarło coś i we mnie.

Papa Iv… śpij spokojnie Kochanie.

„Daj nam wiarę, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół”

19:07, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 grudnia 2010
TĘGA USERKA Z WROCŁAWIA

Od  pewnego czasu atakuje mnie pewien szczerbaty user z Tychów. Jako że nie za bardzo umie wskazać  w  czym mu zawiniłam i dlaczego od ciumków przeszedł do jawnej nienawiści     ( musialby  wyjaśniać, że przeczytał moje prywatne rozmowy z pewną userką z Warszawy, do ktorych dostep nie został mu legalnie udzielony), pozwala sobie na mało eleganckie, acz  charakretystyczne dla ratlerków umysłowych i moralnych wieszanie się na nogawkach moich spodni w rozmiarze XXL. Nie chce mi się wywazac  otwartych drzwi i pisac o niestosownosci takich zachowań. Ów user wykazuje sie  zadziwiajacą odpornoscią na wiedze (eufemizm...:D... mniam). Użyję wiec gotowca napisanego przez Macieja Nowaka w Krytyce Politycznej. Madry zrozumie, user o obnizonym poziomie kojarzenia faktow, wywolanym nadużywaniem  substancji chemicznych może nie pojąć... ale przecież może zdarzyć sie cud... Wigilia blisko... może i  on przemówi ludzkim głosem?

 

Od kilku dni najbardziej dyskutowanym i cytowanym tekstem w polskich mediach jest wypowiedź Jacka Żakowskiego, buntującego się przeciwko ustawowemu zakazowi palenia papierosów w miejscach publicznych. Głos Żakowskiego przebił wszystkie przedwyborcze oświadczenia, stał się bardziej słyszalny niż rozłam w PiS-ie i ekstrawaganckie przyzwolenie Benedykta XVI dla męskich prostytutek, by używały prezerwatyw. Sam jestem niepalący, ale od zawsze mam wokół siebie palaczy i nauczyłem się z nimi żyć. Wprowadzenie zakazu palenia traktuję jako życiowe ułatwienie, ale też nie przywiązuję do niego jakiegoś specjalnego znaczenia. I pewnie nie emocjonowałbym się stanowiskiem Jacka Żakowskiego, gdyby on sam mnie nie zaczepił. Otóż w swej filipice, jako głównych wrogów nikotynistów uznał „niepalących grubasów”.


Mniejsza już o trafność tego spostrzeżenia, dużo bardziej interesuje mnie, skąd bierze się przyzwolenie na agresywną retorykę wobec osób otyłych. Wiem, co piszę, bo doświadczam tego od prawie pół wieku. Zawsze byłem gruby, jestem gruby i prawdopodobnie grubym pozostanę aż do końca. Czy moje i innych grubych prawa obywatelskie zostały w jakiś sposób ograniczone? Czy tylko szczupła sylwetka jest przepustką do cywilizacji i szacunku? Jak to się dzieje, że ceniona osobistość polskiej sceny publicznej, autor o lewicowej wrażliwości nie wyczuwa, że mocnymi słowami dotyka ogromnej rzeszy osób? Zresztą nie chodzi tylko o Jacka Żakowskiego. Grubasy nie mają dobrej prasy i nie obowiązują w odniesieniu do nas żadne zahamowania. W ostatniej „Vivie” Piotr Najsztub rozpoczyna wywiad z Ryszardem Kaliszem od pytania: „Dlaczego właściwie się Pan tak zapasł?” W kolejnych akapitach również nie odpuszcza: „I tak został Pan spaślakiem…”. Jacek Poniedziałek w swojej książce Wyjście z cienia opowiada z kolei o tym, że „tłuszcz jest obleśny”, zaś otyli w środowisku homoseksualnym „są często w pogardzie”. O Żydach, ciemnoskórych, pedałach i inwalidach żartować już raczej nie wypada. Grubych nie chroni żaden kodeks.


Łatwo można by uznać, że to temat dla kolorowych mediów. Ale z poziomu  lajfstajlu, dzięki przyzwoleniu na słowną agresję, problem ten przeistacza się w bardzo mocne wykluczenie. Sklepy z ciuchami dla grubasów (zwane w moim kręgu „monstre-shopami”) ukryte są zawsze gdzieś w bocznych ulicach, na przedmieściach, tak by nie niepokoić swoim istnieniem szczupłej większości. Zawalone są zresztą workowatymi i burymi ubraniami, które również służą wymazaniu grubych ze społecznego pejzażu. Lekarz, do którego idziesz, jeszcze zanim zapozna się z wynikami badań i analiz już wie, że główną przyczyną wszystkich dolegliwości jest otyłość. Doradcy personalni przekonują, że nie masz co marzyć o nowej pracy, jeśli nie schudniesz. Fotele w kinach są za wąskie, pasy bezpieczeństwa w samolotach – za krótkie. Grubasowi wolno mniej, grubas musi się pilnować, grubas jest nieustannie na cenzurowanym. W przeciwieństwie do palaczy nie może przejść do drugiego pomieszczenia, gdzie bycie grubasem nikomu nie będzie przeszkadzało. Grubasem jest się ostatecznie i nieodwoływalnie. Bez wyjścia. 

Tu zresztą ujawnia się hipokryzja systemu, w którym żyjemy. Narastająca w świecie zachodnim epidemia otyłości jest wynikiem bezwzględnej walki o zysk, toczonej od kilkudziesięciu lat przez globalną branżę spożywczą. Najpierw tuczy się klientów produktami coraz gorszej jakości, za to tanimi i mocno energetycznymi, by potem zarabiać kolejne krocie na sprzedawaniu cudownych diet i marzeń o zdrowym trybie życia. Ja w tej grze uczestniczyć nie mam zamiaru. Pozostanę swoim własnym grubasem. I proszę o uszanowanie tego wyboru.

19:03, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010
CNOTY, GRZECHY- I PUSTE SŁOWA

Jak już kiedys  wspomniałam , nie wierze w  boga ojca. Z kilku powodow. Wierze za to w Najwyzsza Istote, praprzyczyne wszystkiego. Ale nie  bronie  nikomu  wiary  w  co  tylko  chce. Byle, jak już  się  zdeklaruje, swoim  zyciem świadczył  o  tym,  w co (niby)  wierzy. Jeśli  twierdzi, ze jest chrześcijaninem niechaj  zachowuje się jak chrześcijanin.

„W  środowiskach katolików z pewnością najczęściej usłyszymy, że być chrześcijaninem to znaczy być ochrzczonym, chodzić do kościoła w niedzielę, wierzyć w to, czego naucza Kościół, spełniać przykazania, przyjmować sakramenty święte. Otóż w świadomości ludzi, którzy w ten sposób odpowiadają na to pytanie, być chrześcijaninem oznacza przede wszystkim spełnianie pewnych praktyk, czy spełnianie pewnych warunków, które trzeba wypełnić, aby można było powiedzieć: "jestem chrześcijaninem". Chodzi tu przy tym przeważnie o warunki jakieś formalne, zewnętrzne, można by powiedzieć nawet - organizacyjne. Tak niektórzy rozumują: należę do organizacji, która nazywa się Kościół katolicki, muszę więc spełniać pewne warunki przynależności do tej organizacji”.*

Takie mam  wrazenie  kiedy  spoglądam na  zdecydowana  większość  katolikow .  Słowa, słowa, słowa, bez  poparcia w  czynach,  rzucane lekko, bez zadnej głębszej refleksji, mimo pozornej wiedzy  czerpanej z  Ojcow Koscioła. Mimo powoływania się na Akwinate… mimo  epatowania WC.

Nie chce się  tu  wymądrzać, bo jako niewierzaca  mam  prawo  nie  znac  się na  kilku  sprawach, ale  wiem, ze  procz  dekalogu  katolik ma obowiązek pielęgnowania cnot kardynalnych i unikania  grzechow głównych.

Cnoty kardynalne  są  4. Grzechów głównych jest 7.

Cnoty:

 

Roztropność jest to umiejętność postępowania i wybierania w życiu tego, co lepsze. Tak więc roztropnie postępuje ten, kto przewidując, że w danym miejscu napotka ciężkie pokusy, zawczasu tego miejsca unika**.  Mężczyzna  łasy na kobiece wdzięki , przewidując, że na plaży, w agencji towarzyskiej , na porno stronach czy na czacie dla 40,  na pewno spotka wiele kobiet, postąpi roztropnie, jeżeli miejsca te będzie omijał z daleka.  Inaczej nie tylko zdradzi żonę, ale postąpi  nieroztropnie.
Sprawiedliwość jest cnotą czyniąca ludzi równymi wobec Boga. Człowiek sprawiedliwy na wszystkich będzie patrzył przez pryzmat faktu, ze wszyscy zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże i odkupieni Krwią Chrystusa, dlatego też dla wszystkich będzie miał odpowiedni szacunek**. Z szacunku do żony nie zdradzi jej, z szacunku do człowieka nie nazwie go szmatą ni kurwą.

3. Wstrzemięźliwość oznacza używanie darów Bożych z umiarem i zgodnie z ich przeznaczeniem. Każdy z nas powinien być wstrzemięźliwy, szczególnie w tych rzeczach, z którymi ma najwięcej problemów. Kto przeklina, powinien starać się o wstrzemięźliwość w słowie, tak samo ten, kto ma zwyczaj plotkować o innych**, puszczając w obieg informacje  złośliwe i  kłamliwe.

4. Męstwo. To cnota szczególnie potrzebna w naszych czasach. To umiejętność właściwego postępowania, mimo że to dziś nie jest popularne i wybierając dobro, człowiek się na pewno narazi**. Męstwo pozwala odmówić  seksu z przygodną partnerka, chociaż w towarzystwie może ktoś uchodzić za dziwaka.

 

Taaak…

 

Grzechy :

pycha -pojęcie i postawa człowieka, charakteryzująca się nadmierną wiarą we własną wartość i możliwości, a także wyniosłością. Człowiek pyszny ma nadmiernie wysoką samoocenę oraz mniemanie o sobie. Gdy jest wyniosły towarzyszy mu zazwyczaj agresja. W chrześcijaństwie nadmierna wiara w siebie, swoje możliwości, stanowi obrazę Boga i jego łaski.*** Pycha objawia się szczególnie w myślach, zwłaszcza złośliwych i pogardliwych sądach o innych i o ich czynach. Jakże jesteśmy skłonni sądzić i krytykować innych. Objawia się, gdy przypisujemy innym różne złe czyny, wzbudzamy przeciw nim podejrzenia i obawy.**** No wlasnie… w czym jestes lepszy? Skad ta pogarda?

chciwość-Chciwość to drugi z grzechów głównych. Fakt ten może niektórych ludzi dziwić, gdyż zło pychy - pierwszego grzechu głównego — jest oczywiste. Pyszałek to ktoś, kto przestaje realistycznie myśleć i kto żyje w świecie groźnych iluzji. Pycha odbiera człowiekowi rozum i prowadzi go do bezrozumnego zachowania. Tymczasem chciwość kojarzy się bardziej z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych niż z poważną winą moralną czy grzechem. Nawet wyraźnie przesadne przywiązywanie się do dóbr materialnych — zwłaszcza w obliczu groźby bezrobocia i wysokich kosztów utrzymania - wydaje się obecnie rozsądną postawą. W naszych czasach coraz rzadziej mówimy o chciwości, a jeśli już dostrzegamy u kogoś taką postawę, to skłonni jesteśmy interpretować ją w sposób niemal pozytywny, traktując tego typu zachowanie jako unikanie rozrzutności, jako jedynie skąpstwo czy jako przejaw roztropnego oszczędzania pieniędzy.***** A gdzie  szczodrość?? Gdzie  szczera chcec obdarowywania blizniego niekoniecznie  wcale ostatnia koszula, ale i nie  plastikowym gadżetem…

nieczystość- Grzech nieczystości bywa najczęściej kojarzony z nieczystością seksualną[…]W czasach współczesnych, jak nigdy przedtem, propagowany jest styl życia, w którym można robić właściwie wszystko. Owa wolność dotyczy przede wszystkim ludzkiej seksualności.[…] Popełnianie grzechów związanych z ludzką płciowością wiąże się też z łatwym dostępem do wielości pornograficznych materiałów (m.in. dostępnych w internecie).[…] W internecie wielką popularnością cieszą się te fora, w których anonimowo można uprawiać tzw. cyberseks. Ponadto wielu ludzi umawia się za jego pośrednictwem na „randki”, kończące się seksem bez zobowiązań w jakimś hotelowym pokoju.****** Katolik tez potrafi… nawet  ultra katolik. A zwłaszcza żonaty …

zazdrość- Zazdrość to taki bliski, codzienny grzech. Ktoś się czegoś dorobił, powiodło mu się - zazdrościmy mu.[…] A jaka cicha radość nam przyświeca, gdy ktoś taki nagle się potknie i przewróci ? Dobrze mu tak ! Ma za swoje ![…] A miłość zaborcza, zazdrosna o każdy gest, słowo, spojrzenie to nie jest dobra miłość i rzadko prowadzi do czegoś dobrego. Nie można zawładnąć innym człowiekiem na wyłączność.******* Zwlaszcza kiedy ten  człowiek jest wolny, a zazdrośnik to wiarołomny mąż czy żona.

nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu-Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, ten grzech główny popełnia ten, kto nadużywa jedzenia i picia oraz ten dla kogo "brzuch staje się Bogiem" (Flp 3,18-19). Jest to krótko mówiąc grzech obżarstwa i pijaństwa. ******** Ile trzeba wypic piw by  pic nieumiarkowanie?

gniew- Tradycja Kościoła określa gniew jako jeden z grzechów głównych, pociągający za sobą inne grzechy. Jako gwałtowne uczucie może on wyrządzić wiele zła lub spowodować utrwalenie się w postaci nienawiści.[…] Bóg stwarzając świat wiedział, że wszystko, co czyni, jest dobre. Zatem nasze naturalne reakcje, odruchy i uczucia nie mogą być ze swej natury złe. Grzech pojawia się wtedy, gdy nasza zła wola opanuje je i wypaczy.[…] Gniew może więc być i niestety bywa złem, jeśli zapanuje nad nami i włączy nas w dzieło zniszczenia.[…] Ten emocjonalny żywioł, wykorzystując naszą energię, miażdży i rozwala międzyludzkie więzi. Odciąga od dialogu, a prowadzi do przemocy i zabija to, co dobre i delikatne. Burza ta przede wszystkim pustoszy zagniewanego.********* „ I odpusc nam nasze  winy , jaki i MY ODPUSZCZAMY naszym winowajcom”…

lenistwo- „Nic mi się nie chce i mam święty spokój”. To pozornie „święty” spokój”. Pochodzi on od Diabła, który nas popycha w kanał deprechy, czarnych – pesymistycznych myśli a nawet pcha nas do bezsensu życia. Czujemy wtedy pustkę życiową i mogą pojawiać się też myśli samobójcze.[…] Pan Bóg zapowiedział, że życie nasze będzie trudne, że ziemia będzie rodziła cierń i oset, że w trudzie i pocie czoła będziemy spędzać żywot na ziemi(Rdz 3, 17-19). Trzeba więc dbać o bliski kontakt z naszym Ojcem i Stwórcą, pokonywać w sobie lenistwo zarówno to duchowe jak i to, które utrudnia naszą naukę , pracę i kontakt z drugim człowiekiem.********** Oczywiście, można nie podejmowc pracy podsuwanej pod nos, nie mieć zadnej zyciowej inicjatywy, oczywiście.

 

*http://agape.pl

**http://www.traditia.fora.pl

*** wikipedia

****http://www.ministranci.jaroslaw.dominikanie.pl

*****http://www.opoka.org.pl

******http://www.niedziela.pl

*******http://mojawiarakatolicka.blox.pl

********http://www.spowiedz.pl

*********http://www.opoka.org.pl

**********http://grzechy.com

02:24, silmarvena
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 października 2010
JESTEM BOSKA

Okazuje się, że mam boską moc. Sama nigdy bym na to nie wpadła, na szczęście są jeszcze tacy uprzejmi ludzie, którzy mi to uświadomili. A konkretnie jeden ludź. Ów ludż uznał bowiem, że, korzystając z mojej mocy, zniszczyłam jego cudownie się zapowiadający związek z ukochaną kobietą. On nie zawinił, ona nie zawiniła, ja, boską, niszczycielską potegą brutalnie wtargnęłam w sielankę i zepsułam wszystko. Wystarczyło bowiem, że wsączyłam w ucho niewinnej kobiety moje, wynikające z nieszczęśliwego żywota, miazmaty, a ona odwróciła się od  ukochanego i poszla. Nieważne, że kobieta ta wręcz słaniała się ze szczęscia, wrecz dusiła się nim, wrecz nim rzygała… nieważne. Wazne, że ja, zła kobieta, mocą swą byłam w stanie zawrócić Wisłę kijem.  Podłość moja nie zna granic i karę srogą ponieść będę musiała. Teraz dopiero ujrzałam ogrom swych przewinień i ruszylo mnie sumienie. Cożem ja, nieszczesna, uczyniła? Miast wspierać akcję reanimacyjną duszącej się od szczęśliwości wielkiej ukochanej, miast przytulać jej rozedrgane cialo do mej obfitej piersi, winnam była rzec  jej: idz precz, kobieto, do ukochanego swego a uduś się  szczesciem swojem. Albowiem  jeno w jego przepastnych ramionach odnajdziesz cel i sens żywota. Nie wiesz li, nieszczesna, iż jeno wijąc się wokół kolan ukochanego, odkryjesz  miejsce właściwe  dla niewiasty? Cóżem ja, podła, uczyniła!? Wiedziona zawiścią, pleniącą się jak chwast na mem  całkowicie nieudanem życiu, zaszczepilam  w duszy niewiasty owej zwątpienie i egoistyczną, niczym nie umotywowaną, chęć przetrwania. Jak mogłam??? Jak mi teraz z tym życ przyjdzie??? Udam się na klęczkach do Częstochowy, głowę popiołem posypawszy. Reszte mego marnego żywota spędzę za klasztorną furtą, modląc się i spełniając posługę wśród tęrdowatych albo innych upadłych  dziewek…

A w sumie, to smutne to wszystko. A zwłaszcza to, że jednego dnia można gorąco kochać, a następnego równie gorąco nienawidzić… i to tę samą osobę… I może jeszcze to, że jak się nie ma czystego sumienia, to posądza się o to innych. Będąc wiarołomcą, trudno zaufać.

03:00, silmarvena
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 października 2010
BOSKOŚĆ MALUCZKICH

Od czasu do czasu spotykam się z takim oto hasłem: „Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w nich budzi”… Jako że nie zgadzam się z nim, zaczęłam podejrzewać, że może ja nie rozumiem czegoś i prosiłam o wyjaśnienie.

Dowiedziałam się, że się  czepiam i  chce  zabłysnąć, a w ogóle to prawdą to jest, bo  kobiety najpierw prowokują, a potem się dziwią, że są gwałcone.  A przecież biedny mężczyzna nie jest w stanie panować nad swoimi żądzami. Na pytanie postawione przeze mnie:  jaki mam  wpływ na  to,  że  ktoś  czuje  coś  do  mnie (  pozytywnie czy negatywnie) lub  dlaczego  jedni z tego  samego powodu  czuja  sympatię, a  drudzy antypatię, nie dostałam odpowiedzi. Nie dostałam  tez  wyjaśnienia dlaczego w  takim  razie, skoro mężczyzna (żaden, nigdy) nie  może  zapanować nad  żądzami, nie  został  usunięty z  Kodeksu Karnego paragraf o gwałcie. Przecież nie można karać za  cos  co  jest  normą biologiczną i  społeczną…

Nie czuję się odpowiedzialna za to, co ktoś sobie roi w  głowie, nawet  kiedy  wypowiadam się na  jakiś  temat. Nie uzurpuję sobie praw boskich, nie wiem jakie asocjacje moje wypowiedzi wywołają. Komuś się mogą spodobać, komuś nie, a komuś się skojarza z czymś niemiłym. Póki nie nawołuję do jakichś konkretnych czynów, póki nie uważam, że  tylko ja mam rację, póki dopuszczam  różnorodność postaw, nawet jeśli się z nimi nie  zgadzam, a nawet nimi  gardzę, to nie  czuje się  odpowiedzialna  za  to,  co inni myślą. W myśli tej, pod płaszczykiem pokory, ukrywa się wielkie  zarozumialstwo, bo oto Ja  wiem co myślą inni i powinnam kontrolować to. Wielki Brat cie obserwuje! Będę dobrym Wielkim Bratem i powściągnę swoje myśli, słowa i czyny, by nie oddziaływać na myśli słowa i czyny innych, (znacznie) mniejszych braci.

Natomiast  jest możliwa inna interpretacja  tego  zdania: jesteś odpowiedzialny  za  to, co sobie oswoiłeś. Jeśli wzbudzałeś świadomie czyjeś zainteresowanie, zaangażowanie i uczucie, jeśli składałeś obietnice i deklaracje uczuć własnych, by cos zyskać, to jesteś za to odpowiedzialny.  Ale za to, że  zakochany pajac pójdzie i  obrabuje jubilera, by dać ci  brylantowa kolię – ooo, za  to to już nie.

13:27, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
BRAKUJĄCE OGNIWO

Kiedy rozglądam się  wokoło, widzę wiele  rożnych istot, stworzeń bożych. Są wśród nich zwierzęta i ludzie, ale ostatnio zaczynam spostrzegać dziwne twory, stojące jakby na pograniczu człowieczeństwa i zwierzęcości. Niby wyglądają jak ludzie: wyprostowana postawa homo erectus, bezwłosa twarz, brak przeciwstawnego kciuka wśród palców nóg. Zewnętrznie człowiek, a jednak…

Są przecież jakieś cechy poza budową anatomiczną, które  odróżniają człowieka od  naszych  najbliższych  kuzynów, człekokształtnych. Podobno chodzi o zdolność mowy, myślenia i tzw. potrzeby i uczucia wyższego  rzędu. Te dziwaczne stwory z tych  ludzkich umiejętności posiadły tylko jedna: mowę, również w formie graficznej, pisanej. Innych  cech  człowieczeństwa nie  zdołałam wśród nich się dopatrzyć.

Istoty te swoje życie ograniczają do prostych biologicznych funkcji: jeść i pić, wydalać i rozmnażać się ( w sensie uprawiać seks, dużo seksu, jeśli wierzyć ich wypowiedziom). Nie przejawiają innych zainteresowań, całą energię  skupiając na realizowaniu tych właśnie trzech działań. Tu niezwłocznie należy podkreślić, że  dziwny ten  gatunek pośredni występuje tylko w rodzaju męskim, samic  nie  stwierdzono.

Owa prostota życiowych potrzeb i możliwości ma duży wpływ na ich postrzeganie płci przeciwnej    ( mam na myśli  samice  gatunku homo sapiens, wykorzystywane przez nich pod płaszczykiem człowieczeństwa), która jawi im się jako dostarczycielki pożywienia i zaspokojenia seksualnego.  Samce  ci, wydaja się być wyjątkowo jurni, ich myśl  zaprząta jedynie i  li opowiadanie o  tym,  co  i  ile  razy  z  kobietami robili, oraz  co i  ile  razy  chcieliby zrobić.  Finezji w tym  trudno się  doszukiwać, głównie  bowiem seks ma  służyć prostemu zaspokojeniu samca, zaś zadbanie o  przyjemność partnerki  nie  jest  żadna samcza powinnością. Zapewne z tego właśnie wyrasta ich mistyczna wręcz  wara we  własne  możliwości i potencję, bo  skoro traktują samice jak  materac,  to i nie  namęczą się zanadto, wiec po  chwili  są  gotowi  do  dalszej kopulacji.  Nie  ma  ten  akt nic  wspólnego z miłością, bo   osobnicy ci są pozbawieni zdolności do  tak  wzniosłych uczuć.  Czasem trafi się nawet jakiś jeden  egzemplarz o wyjątkowo rozwiniętym mózgu, który sam potrafi powiedzieć ,ze ma w dupie  zaspokojenie kobiety, bo to jemu ma być dobrze. Ale większość z nich uważa siebie  za jedynych godnych nazwy MĘŻCZYZNA.

Tymczasem nazwa ta pasuje im jak  Piłat w  Credo. Niewątpliwie  są samcami, dumnymi z samczego wyposażenia i mającymi  samice  gatunku homo sapiens w  głębokiej pogardzie. I właśnie ta pogarda mnie  ciekawi. Skąd im się wzięła? Co ja spowodowało? Kto za tym stoi?  Czy  się nie  boi?

Znalazłam  w  mądrej książce  mądry cytat. Przykroję go nieco dla potrzeb bloga, ale sądzę, że czytelnik znajdzie w nim wiele cech, które wcześniej odkrywał w naszym zbiorowym bohaterze, zwanym Brakującym Ogniwem Teorii Darwina.

Macho, czyli „im ona gorsza, tym ja lepszy”

Macho, ze względu na swój temperament bardziej potrzebuje fizycznego kontaktu z kobietą. Mógł mieć matkę, która była wobec niego tyra­nem, a ojcu drżącymi rękoma podawała obiad na stół i cze­kała na recenzję. Jeśli nie smakowało, gotowała następny. Wo­bec ojca była podnóżkiem, służącą, żyjącą w poczuciu winy i wstydu, które mogłaby zmyć jedynie ofiarną służbą, by­ciem potrzebną i pomocną. Wobec syna pełniła rolę absolut­nego, domowego władcy, wciągając go w upokarzającą służbę panu-ojcu. Ojciec oczywiście nie przejawiał w tej sytuacji sza­cunku dla matki. Oddał jej w posiadanie dom wraz ze zlek­ceważonym synem jako zakładnikiem i używał żony, gdy była do czegoś potrzebna.

Bycie upokarzanym przez matkę pogardzaną przez ojca jest dla nas hańbą podwójną. Nic dziwnego, ze nie możemy się doczekać, kiedy wreszcie, tak jak ojciec, odbijemy sobie na naszych własnych kobietach. Gdy próbujemy radzić sobie z życiem w przebraniu macho, nie mamy poczucia misji i potrzeby naprawiania kobiet. Wydaje nam się, ze znamy je na wylot. Nie mamy żadnych złu­dzeń. Tak dobieramy kobiety w swoim otoczeniu, żeby móc je wykorzystywać z pełnym przekonaniem, że im się to na­leży. Te, które ulegają, tolerujemy, ale bynajmniej nie darzymy ich szacunkiem. Te, które nie ulegają, obdarzamy bezgraniczną pogardą, bo nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są winne i marne. Kobieta, mająca jakiekolwiek inne aspiracje niż służe­nie mężczyźnie, śmieszy nas niepomiernie. [znane?? Przyp. red.]

Tak głęboko wypieramy się przed sobą potrzeby otrzymy­wania od kobiet ciepła, czułości i troski, ze im również odma­wiamy prawa do takich potrzeb.

W seksualnych kontaktach z kobietami redukujemy siebie do roli zwycięskiego samca. W konsekwencji kobietę sprowa­dzamy do rok uległej samicy. Można powiedzieć, ze upra­wiamy sodomię. Wulgaryzujemy nasze związki z kobietami, również w warstwie językowej, [znane?? Przyp. red.] odmawiając spotkaniu kobiety z mężczyzną jakiegokolwiek ludzkiego wymiaru, sensu czy doniosłości  Chcemy wierzyć, że kobiecie w życiu chodzi tylko o to, aby zostać zaspokojoną seksualnie, ewentualnie wydać na świat potomstwo Inne aspiracje kobiet są dla nas tak śmieszne, że nawet nie zadajemy sobie trudu, aby je ukrócić. [znane?? Przyp. red.] Swoją rolę widzimy w tym, aby kobiecie uzmysłowić jej małość i pokazać, gdzie jest jej miejsce.

Gdy jesteśmy macho, nie oferujemy jej [kobiecie przyp. red]  nic prócz pogardy, cynizmu i potę­pienia. Ta, którą wybieramy na stałą partnerkę, musi czuć się wdzięczna za to, że z nią jesteśmy, a zatem tolerować wszelkie nasze zachcianki i kochanki. Dajemy sobie oczywiście prawo do fizycznego maltretowania jej. To jest wpisane w naszą rolę i pozycję. Nie jako misja, ale jako niechętnie podejmowany trud wycho­wawczy albo wręcz zabieg leczniczy, „bo jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. [znane?? Przyp. red.]

Gdy jesteśmy typem macho, kobiety nie mają z nami szans. Za bardzo jesteśmy zranieni, zbyt wielka jest nasza wewnętrzna hańba, abyśmy mogli zrezygnować z poprawiania sobie samopoczucia przez wspinanie się po ich plecach. Nie wiemy, że nasza pogarda dla kobiet odzwierciedla naszą pogardę dla sa­mych siebie. Nie możemy i nie chcemy tego zobaczyć.

Wojciecj Eichelberger- Zdradzony przez ojca

(Nie jest to książka napisana przeciwko kobietom. Coraz częstsza nieobecność ojców w rodzinach to fakt dokonany, przed którym matki są stawiane i muszą jakoś sobie z tym po radzie. Z pewnością radzą sobie najlepiej, jak mogą Należy im się hołd i wdzięczność za to, że biorą na siebie odpowiedzialność za porzuconych synów, ratując im życie i umożliwiając psychiczne przetrwanie. Niestety, mimo największych starań i najlepszych chęci, nie są w stanie zastąpić synom ojców. W. E. )

Jakby  znane  to, prawda??  Przynajmniej  takie mam  wrażenie  słuchając i czytając niektórych … hm… panów. A tymczasem pod ta maska siedzi mały skrzywdzony przez mamusie i  tatusia chłopiec, który zastanawia się jak z tą hańba dalej żyć.  Nie może myśleć, bo by go to zabiło, wiec wegetuje na poziomie zezwięrzęcenia i wymachuje dumnie penisem, jedynym atrybutem, jakim może ( wg siebie  samego) się pochwalić.


13:21, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
KOBIETA PO PRZEJŚCIACH, MĘŻCZYZNA Z PRZESZŁOŚCIA

Parę razy pisałam, że nie bardzo wierzę w czatowe miłości. Chyba muszę tą myśl rozwinąć.

Generalnie uznaję czat za miejsce, gdzie, jak w każdym innym, miłość może się przytrafic… walnąć miedzy oczy i uszy, wyskoczyć, jak diabeł z pudełka… dopaść znienacka, zaskoczyć, przydusić. Może pojawić się i zmienić czyjeś życie. Podobno już teraz 25% par poznało się by net. I, jak sądzę, tendencja ta będzie się utrzymywała, czy nam się to podoba czy nie. Nie wierzę w ‘mióość’, kiedy netowi zakochani, z przyczyn roznych, nie przechodza ze stanu wirtualnego w stan realny. Kiedy sycą się czułymi słówkami, kiedy tak naprawde pracuje tylko ich wyobraznia, kiedy buduja wizerunek ukochanego/ ukochanej na swoich nadziejach i oczekiwaniach, popartych fotką. W takiej ‘miłości’ trudno się potknąć o rozrzucone skarpetki, o pryszcza na brodzie, o nieznośne pociechy, o nadopiekunczą mamusię… W takiej ‘miłości’ wszystko jest idealne, ukochana nie defekuje, a ów jedyny nie beka nad piwem. Tylko że w życiu nie ma ideałów, są ludzie ze swymi ułomnościami, przywarami, chorobami, ze swoim strachem, z uprzedzeniami, przyzwyczajeniami. A tego by net nie da się sprawdzić. Na szczescie netowi kochankowie nie zamierzaja konfrontowac swoich idealnych partnerow z rzeczywistością. Tak jest bezpiecznie… tak jest grzecznie… tak jest idealnie.

Są jednak i inni użytkownicy netu, którzy sieć uznaja za rodzaj kawiarni, salonu, prywatki, którzy uważają, że tu też są mądrzy ciekawi ludzie, że czyjeś pisanie może się im tak bardzo spodobać, tak bardzo spasować, że wydaje się, że nareszcie spotkało się bratnią duszę i to jeszcze płci przeciwnej. Ale oni starają się jak najszybciej przejść z wirtualu w real. Podejmują ryzyko spotkania… kolejnych spotkań…wspolnego życia…poznawania się, czyli odkrywania tego, że partner ideałem nie jest, ale jest wystarczająco dobry, mądry, rozsądny, szalony, kochany…i pokazywania tej nieidealności u siebie. Przed nimi nisko chyle czoła. Jak przed tymi, którzy poznali się nie w cyberprzestrzeni, a w prawdziwej kawiarni, na prawdziwej imprezie, w prawdziwym swiecie. Ich związki niczym się nie różnią. Niosą takie same radości i smutki, nadzieje i lęki. Mają takie same szanse przetrwania, zależne już nie od wyobraźni, a od wspólnej determinacji i woli budowania związku. Chęci podjęcia ciężkiej pracy nad wspólnym życiem.

Wydaje mi się, że tych pierwszych, zakochanych w zakochaniu, jest więcej niż tych drugich, realistow. To, że z idealizowania jakiegoś pana, czy jakiejś pani, którzy mieszkaja 500 km od siebie, o których się wie tak naprawdę tylko tyle, ile sami powiedzą i ile się sobie wyobrazi, wyniknie trwały związek dwojga dorosłych, jest malo prawdopodobne. Zresztą, zainteresowanym raczej nie zależy na zmianie tego stanu. Potrafią nadzwyczaj racjonalnie wyjaśniać dlaczego nie mogą razem być, spotykać się, mieszkać… dzieki temu, póki jedna ze stron się nie znudzi lub nie zechce jednak skonsumować tego, przecież naładowanego zazwyczaj erotyzmem, związku, maja swoje idealne netowe małżeństwo. I nie da się im wyjaśnić, że to zamek na piasku.

Odwazni, którzy postanawiają spróbować, narażeni są na wszystkie normalne przeciwności losu. Są również narażeni na cos szczególnego. Na bezinteresowną zawiść swoich do niedawna kolegów, ba, przyjaciół z czatu. Kiedy się zejdą, raz i drugi, kobieta po przejsciach, mężczyzna z przeszłością, kiedy kąt wynajmą gdzieś u ludzi, by pożyć trochę tą miłością, wtedy okazuje się, że dawne układy i alianse trafia szlag. I broń Boże nie dlatego, że zakochane gołąbki swiata poza soba nie widzą i nie maja czasu na przyjaciół. Nie, bynajmniej. Po prostu nagle się okazuje, że wiążąc się z tym facetem, tym kleszczem toksycznym, tym podszywaczem, tym sinobrodym etc, dokonuje się zdrady przyjaciółki, która przecież wie lepiej, co dla nas dobre, która lepiej zna owego kleszcza, która dla naszego dobra nas ostrzega, która stawia nam ultimatum- on albo ja! Nagle okazuje się, że wybranka serca, dotad dość lubiana osoba, zaczyna być przedstawiana jako puszczalska, którą mieli wszyscy zdolni do odbycia stosunku panowie, jako wyrodna matka, corka, siostra, wnuczka i prawnuczka, a kiedy to nie skutkuje, wytaczane są dziala feminizmu. Co jest, do cholery?? Gdzie oni są?? Ci wszyscy wasi przyjaciele?? Zabrakło ich??

Zmienili się we wściekłe psy… które już nawet nie o kość walczą… które walczą, o to, by nie musieć się przed sobą przyznawać, że ich zaczatowane życie nigdy nie przejdzie w realność, że ich czatowe ‘milosci’, to jedynie gra wyobraźni, którzy są tchórzami… bo mogli dokonać podobnego wyboru, ale zwiali z podkulonymi ogonami ze strachu przed konsekwencjami. Małe zapchlone kundle, wiejskie podwórzowe Ciapki, łapiące za nogawkę i z piskiem zwiewające przed kopniakiem. Mieliscie wasze pieć minut, stchórzyliście, wiec teraz ich miłość jest wam solą w oku?? A paszły przecz kundle sparszywiałe, lizał wlasne ropiejące rany, rany waszej niemocy, waszego strachu, waszej głupoty. W niczym nie jesteście lepsi od tych, ktorych próbujecie gryść, wasze opowiastki o tym, jakimi dobrymi meżami i żonami jesteście stoją w zbyt ostrym kontraście w stosunku do waszego zachowania i czasu spędzanego na czacie. Wam tylko zabraklo ikry, by robić to, o co oskarzacie innych- by się puszczac z każdym kto was zechce. Wara od tych, którym do piet nie dorastacie, wara, do budy!

15:40, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 kwietnia 2010
O, Matko Polko!

Uczciwa kobieta...to taka, która z chwilą założenia..rodziny..myśli przede wszystkim o swoim potomstwie..i o całości rodziny..W dalszej kolejności o sobie. Taka jest moja matka..i taka była moja żona. Oddaje im największy szacunek”

Chyba nie jestem uczciwą kobietą… stanowczo nie jestem uczciwą kobietą. Co więcej, ogromnie się z tego cieszę. O swoim potomstwie myślałam póki wymagało mojej opieki, mojego uważnego doglądania, tak pod względem cielesnym, jaki i umysłowym, a także emocjonalnym. Pewnie nie wszystko mi wyszło tak, jak bym chciała, ale ogólnie jestem zadowolona.

Moje dziecko jest już dorosłe, ma własne życie, dziewczynę, kolegów, zainteresowania, pieniądze. Nie spełnił wielu moich marzeń, ale spełnia swoje. A ja zdałam sobie sprawę z tego, że moje marzenia mogę spełnić tylko ja sama.

Cieszy mnie fakt, iż moje dziecko umie samo o siebie zadbać i że jest samodzielnym młodym mężczyzną. Mam nadzieję, że jest też odpowiedzialnym człowiekiem. Przez parę miesięcy mieszkał poza domem, potem wrócił- niestety finansowo nie poradził sobie z wynajmowaniem mieszkania i wszelkimi opłatami. Ale starał się i kiedy zauważył, że nie da rady umiał się wycofać. Nie narobił długów, nie pozaciągał kredytów… teraz znów mieszkamy razem.

Moja matka zawsze nam mówiła jak bardzo się poświęca dla nas. Nie wiem, co prawda, z czego to dla nas musiała zrezygnować i czego sobie odmawiać, ale cale życie słyszałam, jak to się poświęcała, jaka jest dzielna, dobra i wspaniała. Była dobrą matką, nie raniła świadomie (mam nadzieje), mięliśmy dobre dzieciństwo. Znam takich, którzy mieli gorsze. Jednak to jej poświęcenie stawało mi kością w gardle. Nie chciałam tak żyć, nie chciałam swoim dzieciom wypominać, że jeszcze nie zapłaciły za mleko.

Chciałam dać to, co uważałam za potrzebne, konieczne i nigdy nie żądać niczego w zamian. Dzieci się na świat nie proszą, to my, dorośli, powołujemy je do życia. Wiec nie są nam nic winne. Jeśli same coś chcą dać- ich wola, ich wybór. Ale ja nie czuje, że coś poświeciłam i że dziecko jest mi cos winne.

Może są takie cudowne mamy, które nie tylko poświęcają się z radością ( może wtedy słowo poświęcenie nie jest na miejscu?), ale i nigdy o tym poświeceniu nie mówią, nigdy go nie wypominają i niczego za owo poświecenie nie chcą. Może takie są… mnie nie było dane takiego czegoś doznać. I może dlatego zamarzyłam sobie, że będę całkiem inna.

Może gdybym miała inne doświadczenia, byłabym inna matką? Ale miałam właśnie takie. Dlatego zapewne zamiast postępować jak „uczciwa’’ kobieta i dbać o dziecko i całość rodziny, pozwoliłam sobie zadbać o siebie. Porzuciłam źle wybranego męża, wyniosłam się 300 km od niego. Poradziłam sobie z organizacja nowego życia, zadbaniem o syna i o siebie. A powinnam, dla dobra innych, zostać z mężem pijaczkiem, klepać biedę, mieć podbite oczy i być uczciwą kobietą, która dba o dzieci i rodzinę, a o siebie nie.

Chociaż... rozumiem facetów, którzy tak własnie postrzegaja rolę kobiety w rodzinie- to zdejmuje z nich obowiązek dbania o dzieci i o spójnosc związku, a kobietę mającą jakiekolwiek aspiracje osobiste wpędza w ciężkie kompleksy. To ze strony facetów bardzo madry sposob na kobiety. Prawie tak dobry jak ten, który pozwala baby z domu nie wypuszczać: na zimę nie kupić butów, a na lato zrobić dziecko...

No, kawał wrednej suki ze mnie…Prawda?

13:32, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 kwietnia 2010
ZDRADA

To słowo wiaże się w naszych myślach najczęściej ze zdradą małżeńską, cielesną. A przecież zdradzać można na wiele sposobów. Judasz zdradził Jezusa, Efialtes z Trachis – Leonidasa… Zdrada towarzyszy człowiekowi od zawsze, człowiek zdradzał i był zdradzany. Sądę, że każdy z nas jakiejś zdrady skosztował.

Pamiętam jak bolały zdrady w dzieciństwie… ile wylałam łez, bo moja ulubiona koleżanka, Aldona, wolała bawić się z Baśką i z nią siadła w ławce… jak bolało serce. Potem Aldona siedziała z Grażyna, a jeszcze później z Bogusią. Obdzielała łaskami i łaski odbierała jak jej było wygodnie. W koncu to zauważyłam i przestalo mi być tak źle. Niewierna Aldona, zmieniająca przyjaciółki jak rękawiczki nie była już tą upragnioną koleżanką od serca.

Bardzo bolała mnie zdrada mojego brata. Byłam od niego o prawie 7 lat młodsza, wiec kiedy on był już calkiem dorosłym młodzieńcem ja byłam szczylem. Ale uwielbialam go i chciałam bywać tam gdzie on. Jednak on zawsze wskazywał mi moje podrzędne miejsce i pełna żalu i upokorzenia , z podkulonym ogonem wracałam do domu.

Sama też zdradzałam… Zdradziłam moją najlepszą przyjaciółke, ale jak Ona sama twierdzi, gdyby nie ta zdrada, nie było by takiej przyjaźni jaka teraz jest. Bo później w Jej życiu tak się porobiło, że zerwala ze mną ( i nie tylko ze mną) prawie zupełnie kontakt, a ja, pamiętając swoją zdradę, czekałam na Nia, aż jej minie, aż zechce do mnie wrócić. Trwało to 2 lata, ale warto było poczekać. Prawdziwa przyjaźń jest tego warta.

Nie zdradzałam cieleśnie, nie wiem czy byłam zdradzana, ale zawsze miałam do tego dość spokojny stosunek. W zasadzie mało mnie interesowały zdrady na poziomie ciała. Bardziej bolały mnie inne czyny, które przez mojego meża nie były za zdrady w ogóle uznawane. Chodzi mi o spędzanie wolnego czasu nie ze mną. Nie mielismy dla siebie zbyt wiele tego czasu. On pracował, ja z małym dzieckiem w domu. Marzyłam, że jak on będzie miał dzien wolny, to może gdzieś we trojke, albo dziecko do dziadków, choć na pare godzin, a my razem… ale on wolał sam, albo raczej z kolegami. To była zdrada, znacznie gorsza niż cielesna.

Ostatnio doświadczyłam zdrady, która zabolała. Jak wtedy, w dzieciństwie. Nie mogłam zrozumieć co się stalo, czemu zostałam tak potraktowana. Czemu ktoś, komu z całego serca życzyłam jak najlepiej, nagle zaczął mnie atakować. Źle to zniosłam, ale dzieki temu coś odkryłam. Mianowicie to, że osoba ta mogła być na mnie zła, bo, w jak najlepszej wierze, pogwałciłam jej granice i systemy obronne, bo zachowałam się jak wszechwiedząca pinda, która ma jakąś tam minimalna wiedzę i to ją ma uprawniac do zaserwowania tej wiedzy osobie, która na jej przyjęcie nie była gotowa. Ja, zadowolona z siebie, walnełam ją miedzy oczy i… pojechałam sobie precz. A ona została z potrzaskanymi mechanizmami obroonymi i bez wsparcia. Musiała coś z tym zrobić… żeby przeżyć. Oczywiście, w swojej pysze sądziłam, że osoba ta uda się na terapię, zmieni swoje życie… a to nie jest takie proste. Lepsze znane piekło niż nieznany raj. A że ja nadal się w jej towarzystwie wymądrzałam, to musiała to jakoś zakończyć, żebym znów jej nie roztrzaskiwała na kawałki. Wiec przywaliła mi raz i drugi, a nawet i kilka kolejnych. Rozumiem… przykro mi, że okazałam się taka głupia pindą… przykro mi, że nie dało się inaczej tego załatwić, ale rozumiem.

Może zdrada zawsze pod spodem ma jakieś takie drugie dno? Może zawsze jest się współwinnym?

http://www.youtube.com/watch?v=xuTSA9TGvyE

14:57, silmarvena
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 marca 2010
LIśCIK (NIE) MIłOSNY

Droga Katju,

Droga, bo wiele mnie kosztujesz. Zajmujesz stanowczo zbyt wiele moich myśli, mojego czasu i mojej energii.

Nie chce cofać się do wczesnego mezozoiku naszej znajomości, ale była chyba nie najgorsza, skoro zaryzykowałyśmy realne spotkanie. Zapewne miała na to wpływ nasza wspólna ulubiona koleżanka, ale to my podjęłyśmy ryzyko kontaktu realnego. Nie wiem, może już wtedy cos Ci zazgrzytało, może czymś Cię uraziłam, może rozczarowałam, zawiodłam oczekiwania… Ja to spotkanie wspominam bardzo dobrze, okazałaś się być równie ciekawym kompanem w realu, co w necie. Nie żałuję. I jeszcze przez czas jakiś nasz kontakt na czatach czy na privach był równie dobry, jak przedtem.

Właśnie dlatego nie potrafię zrozumieć, co się stało i dlaczego nagle zaczęłaś mnie atakować, zarzucając mi brak pokory i opisywanie na moim ‘blogasku’ pewnych nickow, znanych z czata w sposób pełen wyższości. Zaznaczam ,Katju, że dokładnie przeczytałam mojego ‘blogaska’ ,w miarę moich skromnych możliwości starałam się popoprawiać znalezione niedociągnięcia, poprosiłam o poczytanie dalszych znajomych i z uwaga wysłuchałam ich opinii. Na szczęście nie potwierdzały one Twoich słów.

Jednak po mniej więcej tygodniu zaatakowałaś po raz drugi. Znów na ogóle 40 .

A przecież mogłaś zostawić komentarz na ‘blogasku’, mogłaś uczynić mi zjebkę na privie, mogłaś, z wrodzona sobie delikatnością i taktem zwrócić mi uwagę, iż zachowuje się nie stosownie, a z wrodzona inteligencja wypunktować mi brak konsekwencji, wdzięku, wrażliwości. Ale nie, Ty wolałaś publicznie mnie strofować… rozumiem gdyby to była Justyś, w końcu belfer, ale Ty?? Uosobienie cnót wszelakich, Kobieta- Anioł, spod której palców nigdy w net nie spłynęły oceny nikogo. Wszak to nie Ty , w pokoju naszego drogiego Procesa7, wraz z innymi słynącymi z taktu i wyczucia uczestnikami zabawy, wytykałaś ‘malosprytnym’ juserom braki we wszystkim, w czym się tylko dało, a czasem i w tym, w czym się nie dało. Pokój ten słynął z takich właśnie delikatnych, pełnych ciepła i uczucia działań i dlatego był powszechnie uwielbiany, a jego członkowie wszędzie witani czołobitnie i z miłością.

Uważałam Cię za mądrą kobietę i dobra koleżankę, ale dobra koleżanka, jeśli chce dobra czyjegoś to nie wali na oślep jak wściekła kobra. Znajdzie sposób by wskazać, ze ktoś zachowuje się wg niego źle, niewłaściwie. I zauważ, Katju… to nie ja napisałam:

16:26:55 katja ok, przyjemnego biczowania dzieci specjalnej troski.

To nie moja ocena. To nie mnie wystawiłaś świadectwo. Nie potrafię zrozumieć, co Toba kieruje, miłość do Mikosza, którego nie znoszę, czy raczej nienawiść do Gentlemana, którego bardzo lubię. No, ale przecież ktoś tak pełen dobroci, jak Ty nie może być wypełniony nienawiścią aż tak po brzegi, że już mu się zaczyna nieco ulewać

Dlatego mowie Ci jeszcze raz- zostaw mnie, nie odzywaj się do mnie, daj mi stałego ignora. BARDZO O TO PROSZĘ.

16:16, silmarvena
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3